Sytuacja z wczoraj:
Strasznie strome podejście, upał, ostatni wodopój nie działał i nie było jak uzupełnić wody. Wszedłem na szczyt, zaczęła się zabudowa. Musiałem odpocząć, bo dalej jest tak gorąco, że człowiek poci się, nawet w cieniu nic nie robiąc… Spragnione oko szybko wypatrzyło kran przy domu, a że nikogo nie było na zewnątrz, żeby zapytać, więc postanowiłem uszczknąć kropli na krzywy ryj.
Po chwili wyszła kobieta, lekko starsza i spytała się, czy potrzebuję wody. Mówię jej, że już się poczęstowałem i, że już nie potrzebuję, ona mi na to, że to woda ze studni i nie nadaje się do picia, że zaraz mi przyniesie wody z lodówki. Przynosi mi ją z góry, zaczyna mówić po galicyjsku, ale nawet mieszkając w Galicji, stwierdziłem, że lepiej będzie mi się uczyć kastylijskiego ze względu na jego większą uniwersalność. Galicyjski jest mieszanką portugalskiego i hiszpańskiego, po portugalsku też coś niecoś potrafię, ale wiadomo, jak to jest z językami, więcej człowiek będzie w stanie zrozumieć niż powiedzieć. Patrzy na mnie powiedziała, że pewnie nie rozumiem, co do mnie mówi i mówi, że pewnie znam angielski, po czym następuje chwila ciszy i stwierdza, ale ja nie i zaczyna się śmiać. Więc przełączamy się na kastylijski, żeby się najlepiej porozumieć. Mówi mi, że tamtą wodą, którą brałem z kranu, to mogę jej kwiatki podlać, ale żebym jej nie pił, bo niezbyt się do tego nadaje.
Po czym mówi, żebym poszedł za nią, wychodzimy kawałek dalej wzdłuż drogi, a jest to kamienna wąziutka droga pośród małych domków, kiedy już mamy widoczny horyzont pokazuje mi w oddali górę i tłumaczy jak mam do niej dojść, mówi mi, że kiedyś był tam zamek, ale dzisiaj są tylko ruiny i pozostałości po murach, ale za to bardzo dobrze zachowane. Opowiada mi historię zamku i mówi, że jeśli bym chciał, to mogę się tam nawet przespać, ale musiałbym uważać, bo tam dziki są. Na co ja jej, że mam hamak i dziki mi nie straszne, na jej twarzy pojawia się uśmiech i macha ręką stwierdzając, że jak mam hamak, to już mam luksus i mogę spać. Po czym tłumaczy mi gdzie znajdę dalej wodę, opowiada o starych pralniach, ale mówi, że dzisiaj tutaj i tak już nie działają i prawie nikt tego nie używa, ale za to, że po lewej stronie znajdę kran i jak puszczę wodę, to żebym najpierw chwilę poczekał, bo pierwsza woda jest niedobra i gorąca, ale jak poczekam chwilę, to dostanę cudownie zimną wodę.
Wracamy powoli do punktu wyjścia, mówię jej, do jakiego kanionu teraz idę, lekko wprowadza ją to w szok i mówi, że przecież tam ze 3 dni będę szedł, na co ja jej, że chcę to zrobić w max. 2. Patrzy na mnie, już wiedząc, że tam co najmniej lekko nierówno jest już pod sufitem (jeszcze nie wiedząc, że tam sufit to już zleciał dawno i to właścicielowi na głowę…), patrzy na mój plecak i jeszcze raz na mnie, po czym mówi pewnym głosem 3 dni…😅 Zważywszy na to, jaką mamy pogodę. Haha jest pod wrażeniem mojego plecaka, mówi, że taki plecak, to pewnie sporo musi ważyć… Oszczędzam jej tego i nie mówię, ilu rzeczy już się z niego pozbyłem. Mówi, że taki pełny plecak, na co ja z uśmiechem na twarzy puentuje: plecak może i pełny, ale za to głowa pusta 🤣 zaczyna się śmiać, więc ja, by rozbawić ją jeszcze bardziej, opowiadam jej o swoich planach… Chyba zadziałało w przeciwnym kierunku, bo trochę jej mina zrzedła, jak się dowiedziała co mam w planach. Chyba do niej dotarło, że ten sufit to zleciał, ale z ostatniego piętra wieżowca przebijając się przed wszystkie piętra aż do piwnicy i kończąc jeszcze kawałek pod ziemią. By ostudzić mą megalomanię, pyta się, czy nie chcę wziąć zimnego prysznicu i mówi, żebym za nią poszedł, idziemy na tyły domu, przedstawia mnie swoim kotom, odkręca wodę ze szlaucha a ja studzę tym swój zapał 😅
Wychodzimy, mówi mi, żebym przechodząc, uważał na ściankę, która robi za poręcz, bo jest słaba, ale nie stać jej na nic lepszego…
Rozmawiamy o pogodzie, mówi, że w Coruña czy Santiago jest teraz lepsza pogoda na takie ekscesy. Mówię jej, że w Coruña byłem w zeszłym tygodniu, a do Santiago szedłem, a tak w ogóle to mieszkam w Vigo. Rozpromieniała, gdy o tym usłyszała, zaczęła mi mówić o tym, jakie piękne jest to miasto, cóż ciężko mi by było się z nią nie zgodzić 😁
Pora już iść i pora się żegnać, mówi, że to szalone co właśnie robię, ale nie mniej jednak cieszy się, że mogła mnie poznać.
Kiedyś mam nadzieję tu wrócić i chociażby sprezentować jej poręcz, na jaką zasługuje tak, żeby wiedziała, że dobre uczynki wracają i ile znaczyła dla mnie ta butelka wody i zarazem cała ta sytuacja.
Przecudowna kobieta kocham takich ludzi.
Sytuacja z dzisiaj bardzo strome podejście, bo jakby że inaczej… BTW teraz już chyba rozumiem, czemu kobieta z wczoraj mówiła o 3 dniach… Mogła chłopakowi ze wsi powiedzieć, że skoro wybiera się do kanionu, to pewnie przyjdzie mu wchodzić pod górę… Przecież mogłem nie wziąć tego pod uwagę 😅
Nie mniej jednak idąc, mijam śliczną dziewczynę w zwiewnej sukience zbierającą przy drodze jeżyny. Uśmiecha się na mój widok i rzuca dźwięczne ¡Hola! Odpowiadam tym samym i idę dalej wypluwać płuca… Przeszedłem jakiś dystans, ale widząc, że górka nie chce się skończyć, stwierdzam, iż trzeba będzie chwilę spauzować. Gdy już zbierałem się z powrotem do drogi, akurat przechodziła koło mnie, znów z uśmiechem mówiąc mi część. Widząc, że raczej średnio jestem rozmowny, zaczęła iść dalej, żeby po kilku krokach obrócić się na pięcie i nieśmiało spytać mnie, czy czegokolwiek potrzebuję. Co zrobił Michał? Zgodnie z prawdą odpowiedział, że nie i koniec rozmowy… Kiedy ja się w końcu nauczę… Chociaż mogłem wykorzystać szansę, żeby poćwiczyć język… Ładna naturalna dziewczyna ze wsi, a nie żadne wysztafirowane plastikowe monstrum, czy inny pokemon, w dodatku miła i uczynna… Czasem jeszcze moja asocjalność pokutuje… Czasami też zapominam, że tutaj ludzie są inni… Nie mniej jednak obiecuję poprawę 😉
