Bezdomny z wieloma domami & dlaczego już nigdy w życiu nie będę biedny

Bezdomny z wieloma domami & dlaczego już nigdy w życiu nie będę biedny

Niecały rok temu, w trakcie wieczornego spaceru z dziewczyną z bajki, powiedziała o mnie coś w stylu, że nie daję się zamknąć w pudełku i łamię schematy. W końcu byłem jednym z najbogatszych bezdomnych na tej planecie - grunt to znaleźć swoją niszę 😉

Mówiła, że nie wyglądam jak bezdomny. Zresztą podczas ostatniego spotkania powiedziała, że się zmieniłem, ale w dalszym ciągu nie wyglądam jak bezdomny. Jak mam być szczery, to po roku bezdomności wydaje mi się, że wyglądam mniej jak bezdomny niż na początku 😅

Wtedy na szybko zrodził mi się w głowie pomysł, że chciałbym być bezdomnym z wieloma domami, nie wiedziałem, jak szybko i oczywiście wcale nie tak oczywiście ten cel zrealizować.

Pamiętam ten dzień, a w zasadzie to wieczór, jak dziś, gdy podczas rozmowy z B. powiedział coś takiego: "Remember that you always have your home in my house". Niestety, polskie tłumaczenie nie oddaje tak dobrze sensu... To trochę coś w stylu jak parasol i paraguas – totalnie inne założenie stojące za słowami, zrównane do jednego wyrazu. Tej koncepcji właśnie chyba nie rozumieją ludzie, którzy tak się czepiają używania wstawek językowych zamiast pielęgnowania ojczystego języka.

Czemu o tym piszę? Może dlatego, by odwlec w czasie coś, co dla niektórych może wydawać się dość oczywiste: że gdy słyszysz od przyjaciela, żebyś pamiętał, że u niego w domu zawsze masz swój dom, to idzie się wzruszyć... Zwłaszcza gdy w ciągu ułamku sekundy dociera do Ciebie, że przecież masz wielu takich przyjaciół, na których możesz liczyć, i że Twoje marzenie o byciu bezdomnym z wieloma domami zrealizowało się znacznie szybciej, niż mógłbyś sobie to wymarzyć. W zasadzie to jego zawoalowana wersja spełniła się, zanim nawet zdążyłem wypowiedzieć życzenie, z tym że ja byłem zbyt ślepy, żeby to dostrzec...

W wielu przypadkach nie zostawiałem pinezki na mapie - zostawiłem tam kawałek swojego serca. Mimo iż wyjazdy z tych miejsc bolą, to jednak pozostaje świadomość, że przynajmniej masz dokąd wracać, a to już znacznie więcej, niż niektórzy posiadają. To trochę tak jak z horkruksami, z tym że zamiast duszy dzielisz serce, nie mniej jednak wciąż jest w tym jakaś magia. 

Potem idziesz o krok dalej i dociera do Ciebie, że nigdy w życiu nie będziesz już biedny i że stałeś się naprawdę bogatym człowiekiem. Nie tylko za sprawą tych ludzi, ale i przeżyć, emocji, doświadczeń, słów, wspomnień, cudów, których dane było Ci doświadczyć. Wtedy zaczynasz uzmysławiać sobie, że może nikt Ci już nie może tego odebrać, bo nikt Ci tego nie dał. Nastepnie przychodzi coś jeszcze: świadomość, że w końcu chyba zacząłeś to robić tak, jak trzeba. Gdy jeszcze w relatywnie młodym wieku zrozumiałeś, co naprawdę w życiu ma wartość, i nie tracisz czasu na gonienie za czymś, co nie da Ci tak naprawdę szczęścia. Parafrazując:

"Me bogactwo możesz mierzyć tylko miarą moich przeżyć" & 

"Jestem bardzo bogaty, życie to błędy i lekcje, nie zyski i straty

Stać mnie na odwagę, by głośno o nich mówić

Tak w relacjach spłaciłem wszystkie długi" 

Część ludzi, których spotkałem na swojej drodze, stała się moimi przyjaciółmi, czasem po jednej rozmowie, oferując mi nocleg w swoich domach. Inni, przyjaciele, których miasta odwiedzałem, ale nie mogłem się z nimi spotkać, bo ich nie było, na odległość, sami z siebie, potrafili zorganizować mi np. klucze do swojego domu, żebym nie spał na dworze. Wtedy nagle wchodzisz na wyższy poziom zrozumienia powiedzenia: „Mi casa es su casa”, bo nie rozumiesz go już jedynie na poziomie intelektualnym, a zaczynasz rozumieć na poziomie emocjonalnym, przez doświadczenie. Właśnie tutaj bardzo często kryje się różnica między „wydaje mi się, że rozumiem” - wyobrażenie, a tym, że naprawdę zrozumiałeś - doświadczenie.

Gdy zaczynasz doświadczać takich rzeczy, zaczynasz rozumieć, że chyba jednak zacząłeś w końcu coś robić dobrze.

Wczoraj obchodziłem rok bycia bezrobotnym na pełen etat. Już parę lat temu śmiali się ze mnie w firmie, że Michał pół roku popracuje, a potem pół roku nie odbiera telefonu. Później było osiem miesięcy, rok, teraz kolejny – i coś czuję, że przeciągnę go chyba do półtorej, bo jakoś nie planuję niczego, zanim nie zrobię operacji. A nawet jeśli wrócę, to może się okazać, że jeżeli dobrze uda mi się to rozegrać, to być może będzie to już ostatni raz.

Rok temu z Aten do Lizbony, wczoraj z Walencji do Madrytu, dzisiaj Porto, by jutro najprawdopodobniej wrócić do jednego z moich domów (home), a w zasadzie to dwóch (house) 😉❤️

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *