Spojrzenie Starszego Pana

Ostatnio zacząłem skrobać inny wpis, ale człowiek, którego przyszło mi poznać, z pewnością zasłużył na swój własny, gdyż niecodziennie spotyka się tak nietuzinkowe persony.

BTW chyba normą zacznie się robić, że chcę napisać o jednym, a wychodzi jeszcze o czymś innym, czego nie miałem w planach…

Z łąki wchodzę w las, dochodząc do drogi, mym oczom ukazuje się pomalowane drzewo, chwila konsternacji zerkam w lewo i widzę motyla na drzewie… Tym bardziej nie wiem, co jest grane, w oddali widzę kolejne pomalowane drzewo. Spoglądam w prawo i widzę, że jest tego znacznie więcej, idę więc w prawo, bo jest bliżej i wydaje się, że to stamtąd się zaczyna.

Przyznaję z początku przeszło mi przez myśl, czy nie jest to, aby lekki kicz, choć wtedy nie znałem jeszcze autora i historii jego dzieła, teraz już ją znając trochę mi wstyd, że tak pomyślałem.

Po mojej lewej stronie zauważam mężczyznę w podeszłym wieku, on widząc mnie pyta, czy przypadkiem mój plecak nie waży za dużo. Ciężko było się z tym nie godzić, więc przyznaję mi rację. Pyta, czy idę Camino de Santiago, odpowiadam podobnie jak zazwyczaj, gdy mnie o to pytają, że do Santiago szedłem w zeszłym roku… 😅

W sumie ostatnio do mnie dopiero dotarło, że to było jeszcze w tym roku… Jakoś w nigdy za specjalnie nie żyłem w czasie. Zazwyczaj nie wiem, jaki mamy dzień, miesiąc, czy choćby ile mam lat… Jakież było moje zaskoczenie, jak kiedyś się okazało, że jednak jestem o rok młodszy niż mi się wydawało 🤣

Zaczynam opowiadać mu moją historię, o powrocie do Polski, o historii z mamą, powrocie do Vigo, o tym, co teraz robię i dlaczego. Wydaje się żywo zainteresowany, pokazuję mu na mapie moją dotychczasową trasę, rozmawiamy o wielu rzeczach.

Czasami brak mi słów po hiszpańsku, więc zacząłem się niepotrzebnie tłumaczyć, szukając usprawiedliwienia. Na co on odpowiada, że mówię po hiszpańsku znacznie lepiej niż ja on po polsku, mówiąc to z szelmowskim uśmieszkiem i wyrazem twarzy ciężkim do opisania, ale on już wiedział, że tym argumentem wygrał tę bitwę. Osobiście uwielbiam ten styl retoryki. By w sposób miły i taktowny pozbawić interlokutora jakichkolwiek możliwości do obrony. Po takim argumencie już wiesz, że nie ma najmniejszego sensu prowadzić dalej dysputy, bo właśnie z klasą zostałeś zrównany z ziemią, a wszelkie twoje próby dalszej polemiki w danym temacie z góry są skazane na niepowodzenie 🤣 ok 1:0 dla Dziadzia haha 😂 wtedy już wiedziałem, że trafiłem na swojego gościa.

Znaleźliśmy nić porozumienia, on zafascynował się moją historią a ja jego. Gdy opowiedziałem mu o mamie, wtedy on się otworzył i opowiedział mi o swojej zmarłej żonie.

Spytałem go co to za miejsce, w którym teraz jesteśmy, z dumą odpowiedział, robiąc piruet, że jesteśmy w jego ogródku.

Jak się okazało, było to dzieło jego życia w hołdzie dla zmarłej żony i ich wielkiej miłości. Widać było, jak mu jej brakuje. Mógł się pogrążyć w żalu, popaść w nałogi, a zamiast tego postanowił stworzyć coś pięknego, stworzyć miejsce wyjątkowe w swym rodzaju. Stworzył coś pięknego i znacznie mniej istotne jest, jak to wygląda, choć i wciąż jest bardzo unikatowe, tutaj liczy się historia, która się z tym kryje. Trzeba również przyznać, że przez czas, jaki tam spędziłem, przewinęło się tam całkiem sporo ludzi zwiedzając.

Spytał mnie, czy przypadkiem nie chcę zdjęcia na koniku, akurat ja taki do zdjęć jestem chętny, że hoho, ale jemu jakoś nie mogłem odmówić. Wziął ode mnie telefon, po czym zaczął udawać konika, a było to na tyle komiczne, że nie mogłem powstrzymać się od śmiechu 🤣

Jak mam być szczery, to odniosłem wrażenie, że to wspaniały, bardzo uczuciowy człowiek, po niektórych tego nie widać, ale z niego można było czytać jak z otwartej księgi, jeżeli oczy to zwierciadła duszy, to jego musi być piękna. Jego emocje wypisane były nie tylko na twarzy, ale właśnie i w oczach, naprawdę można było dostrzec w jego oczach smutek i współczucie, gdy opowiadałem o mamie, jak mam być szczery, to aż dosłownie było czuć, jakby biło to od niego. Poczuć można było też jego ból, gdy opowiadał o stracie żony, a zarazem szczęście i dumę, gdy opowiadał o swoim dziele. Odbyliśmy głębsze rozmowy o życiu, śmierci i miłości, cóż na razie pozostaną one w moim notatniku i głowie.

Żegnam się powoli ze starszym Panem, wzajemnie życząc sobie dużo szczęścia, mówi mi, że jeśli dalej pójdę tą drogą, to znajdę tam łódkę, na której jest jego żona.

Idę, okazuje się, że są nawet trzy łódki, z początku oglądam z zewnątrz, potem wchodzę do największej, widzę zdjęcie jego żony, księgę gości.

Nagle do łódki wpadają dzieci
Pytają mnie, czy to mój statek?
Po co mi taki duży plecak?
Dlaczego piszę w tej książce?
Czy mam coś do jedzenia?
Pytają, czy mam coś, lecz do tej pory nie wiem, o co dokładnie pytały… Nie mogę sobie nawet przypomnieć tego słowa. Dopytuję, żeby mi wyjaśniły, czym to jest, więc mi tłumaczą, że to są takie słodycze dla dzieci. Pytam, czy nie chcą czegoś słodkiego, bo akurat mam w plecaku, odpowiadają, że nie, bo jakby mama się dowiedziała, to byłoby źle 🤣 a mama stoi na zewnątrz łódki i rozmawia z jakimiś ludźmi. Opowiadam im, skąd jestem i co robię, pokazuję na mapie, gdzie teraz jesteśmy i jak daleko jest Polska. Mama woła dzieci, a ja po wpisaniu się do książki oczywiście po polsku, żeby dać mu zagwozdkę.

Później zostawiam jeszcze garść drobnych, które miałem w kieszeni, jako formę wsparcia dla dalszego tworzenia. W międzyczasie widząc jeszcze jak dziewczynka, z którą rozmawiałem szarpie mamę za bluzkę pokazując na mnie palcem 😂

Idę dalej poruszony całą tą historią, pełen dużo głębszych przemyśleń, które miały się tu pojawić, ale na razie postanowiłem zatrzymać je dla siebie… Już od kilku dni wiele rzeczy zaczyna mnie pchać w jednym kierunku, a to trochę dziwne. Podobnie było następnego ranka, który spędziłem z cudowną parą angielskich hipisów, popijając angielską herbatę z mlekiem.

Ostatnio jakoś w ogóle nie mam ochoty pisać, no może poza notatnikiem… Jakoś, zamiast pisać o wspomnieniach wolę je zbierać, przeżywając nowe.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *